Pamiętam jednego maturzystę, który napisał do mnie coś, czego nigdy nie zapomnę.
Uczę się. Robię zadania. Siedzę nad matematyką częściej niż większość moich znajomych.
A mimo to wciąż mam wrażenie, że stoję w miejscu."
I wiesz co?
To nie był uczeń słaby z matematyki.
To nie był ktoś, kto nic nie robił. Nie był ktoś, kto obudził się tydzień przed maturą i liczył na cud.
To był ten typ ucznia, którego z zewnątrz wszyscy uznaliby za „ogarniętego".
Na lekcjach sobie radził. Rozumiał dużo szybciej niż inni. Nie trzeba było go zmuszać do pracy. Był ambitny. Chciał wysokiego wyniku. I naprawdę wkładał w to czas.
Tylko że kiedy przychodziło do samodzielnych przygotowań — zaczynał się problem, którego prawie nikt nie widzi.
Bo on codziennie siadał do matematyki…
…i codziennie najpierw musiał zdecydować, co właściwie ma robić.
Jednego dnia repetytorium. Drugiego arkusz. Potem jakieś zadania od nauczyciela. Potem link w telefonie. Potem screeny. Potem PDF. Potem coś od kolegi, bo „to podobno warto zrobić". Potem dział, który wypadałoby powtórzyć, bo dawno go nie było.
I tak mijały dni. Potem tygodnie.
Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze — bo przecież on się uczył.
Ale w środku narastało coś dużo gorszego niż zmęczenie.
Frustracja.
Bo im więcej robił — tym MNIEJ czuł, że panuje nad tym, co robi.
Im więcej czasu poświęcał — tym częściej miał w głowie myśl:
I właśnie to jest moment, którego wielu maturzystów bardzo się wstydzi.
Bo trudno powiedzieć głośno, że problemem nie jest to, że NIE UMIESZ.
Problemem jest to, że TONIESZ — w materiałach, zadaniach, działach, notatkach i przypadkowych rzeczach, które tylko z pozoru wyglądają jak przygotowanie.
Widziałam to już dziesiątki razy. Uczeń ambitny. Uczeń pracowity. Uczeń naprawdę niezły z matematyki.
A jednak z każdą kolejną próbą coraz bardziej zmęczony — nie samą matematyką… tylko tym ciągłym układaniem sobie nauki od zera.
Jeśli czytasz to i masz w głowie: „To jest dokładnie o mnie" — czytaj dalej.